Obecna aura może nie jest zbyt sprzyjająca (choć niektórzy mówią, że - jeśli tylko woda nie jest zamarznięta - nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór), ale warto mieć z tyłu głowy, że żeby popływać kajakiem nie trzeba daleko wyjeżdżać. Wkra chyba ciągle cieszy się zbyt małą popularnością u wodniaków, a szkoda, bo wiedzie przez okolice, w których naprawdę można się zrelaksować i uciec od zgiełku miasta. Cisza, spokój, czysta woda, zielone lasy ... czego chcieć więcej?
Wkra wije się łagodnie. Szczególnie sprzyja turystyce rodzinnej. Jest idealna na pierwsze spotkanie z kajakiem. Długość trasy można dowolnie modyfikować. Optymalna wyprawa na cały dzień to odcinek Joniec - Pomiechówek (ok. 30 km). Ten dystans ukazuje różne oblicza omawianej rzeki. W zasadzie zamiast o obliczach może powinnam napisać o urokach. Nawet Judycie z "Nigdy w życiu!" się tu spodobało. Drewniany dom filmowej bohaterki stanął właśnie nad Wkrą w tutejszych lasach.
Po drodze z Jońca do Pomiechówka jest Borkowo. W sierpniu rozgrywane są tu rekonstrukcje historyczne na pamiątkę bitwy z 1920 r.
Namiary na wypożyczalnie można znaleźć TU. Prężnie działa też przystań Sobieski. Posilić się można w zajeździe Magnolia w Pomiechówku, tuż przy moście (laureat plebiscytów prasy lokalnej na najlepszy punkt gastronomiczny).
Jeżeli energia dopisuje, można przedłużyć spływ i Narwią dopłynąć do, mojej ulubionej, Twierdzy Modlin (konkretnie Bramy Ostrołęckiej).
No to ... za wiosło :-)
PS Nad Wkrą jest kilka fajnych gospodarstw agroturystycznych. Namiary na www.3rzeki.pl.
No i moja tęsknota za Tatrami została zaspokojona. Zakopane przywitało mnie śniegiem. Zima jednak trwała tam krótko (za to teraz Mazowsze nadrabia), nie przeszkodziło to jednak w niczym, a nawet dało szansę i na stok i na górską przechadzkę.
Odnośnie stoku - w tym roku, w wieku 28 lat po raz pierwszy w życiu spróbowałam jeździć na nartach. Szału nie ma, jednak dzięki temu doświadczeniu tym, którzy też chcą to zrobić mogę polecić stok na Nosalu. Jeżeli ktoś nie lubi za daleko chodzić, polecam nocleg w obrębie ul. Karłowicza i obiady "u Ryśka" (na przeciwko stoku - oficjalna nazwa bodajże "Marzanna": tanio, domowo i smacznie; ciekawy wystrój i jeszcze ciekawsze menu do poczytania).
Ul. Karłowicza ma też tę zaletę, że blisko z niej do Kuźnic. Można więc zrobić sobie spacer na Kalatówki lub przy sprzyjającej aurze wejść na Nosal - niby 1200 m z kawałkiem, ale można się zmęczyć podchodząc. To właśnie były moje dwie spacerowe destynacje.
W weekend przed moim przyjazdem informowano o dwóch śmiertelnych wypadkach w Tatrach. Nie nastrajało to do odważniejszych wypraw. Dodatkowo na koniec grudnia przeszedł halny. Wiele szlaków jest zamkniętych. Efekty robią wrażenie.
Do odkryć zaliczam jeszcze litworówkę - tradycyjną, tatrzańską nalewkę. Coś bardziej oryginalnego niż oscypek. Do kupienia w Poroninie, przy trasie na Bukowinę (butelka ze zdjęcia - 75 zł, ale warto wspierać moim zdaniem lokalnych producentów).
No i właśnie - termy w Bukowinie Tatrzańskiej. Bardzo duży obiekt, ale znów nie taki super extra, a drogi strasznie. Najlepsza jaskinia z silnymi prądami. Można się nieźle wymasować, ale za tę cenę lepiej odwiedzić aquapark w Zakopanem.
Za spraw(k)ą halnego głośno ostatnio w mediach o Tatrach. W moim "medium" też będzie o nich, ale w innym kontekście.
Późno zaczęłam odkrywać góry. Na początku kompletnie nie rozumiałam, co jest w tym fajnego. Idziesz i idziesz, męczysz się, odczuwasz wielokrotnie monotonię, czasem strach... musisz witać się z obcymi ludźmi ;-) (wpierw nie wiedziałam nawet, że to taki obyczaj * zanikający). Obecnie - choć nadal nie jestem wytrawną górską "chodziarką" - jestem na etapie, w którym po kilku miesiącach rozłąki z górskimi szlakami, zaczynam za nimi tęsknić. Szczególnie za Tatrami (znajomym harcerzom z tego miejsca serdecznie dziękuję za wspólne wędrówki).
Tatry to moim zdaniem najpiękniejsze polskie góry, choć i najbardziej wymagające (trzeba mieć respekt przed nimi i myśleć, myśleć, myśleć!). Warto mimo to nawet na weekend się w nie wybrać. Dla tatrzańskich widoków warto żyć! Choć do tej pory najwyższy mój wyczyn to Kasprowy Wierch, każdą wędrówkę po tych górach odbieram jako metaforę walki z samym sobą i sposób na osiąganie sukcesów w życiu - tj. w wielkim skrócie, stanowiącym jednak meritum sprawy: trzeba solidnie się napracować i nie poddawać się, szczególnie, gdy jesteśmy już blisko celu/szczytu (a wtedy zmęczenie największe).
Odliczam dni do stycznia - kolejnej wizyty w Zakopanem. Mam nadzieję, że warunki pogodowe pozwolą trochę powędrować. I poszusować. Będę się uczyć. Tymczasem kilka zdjęć z maja tego roku.
PS Nieco porządniejsze buty z dobrą podeszwą i oddychająca kurtka do chodzenia po górach to jedne z moich najlepszych wydatków w życiu. Wykorzystuję je wszędzie przez cały rok, dlatego polecam taką inwestycję... Żeby potem nie było, że góry są za wysokie, a szlaki nieposypane piachem ;-)
Przeglądając zdjęcia z dawnych wyjazdów, wróciłam do Barczewa. To miejscowość pod Olsztynem. Podobnie jak opisywany wcześniej Reszel należy do sieci Cittaslow. Rzeczywiście, podczas mojej wizyty w Barczewie w 2011 r., miałam wrażenie, że czas się tam wręcz zatrzymał... Paradoksalnie dodało to w moich oczach Barczewu niezwykłego, tajemniczego, może nieco mrocznego klimatu. Zabytków nie trzeba długo tam szukać.
Zdjęcia mówią za siebie ... Nie wiem, jak to wygląda obecnie. Mimo wszystko podczas wizyty na Warmii i Mazurach polecam wycieczkę do Barczewa.
Nieco informacji o zabytkach można znaleźć TU. (Swoją drogą - Polska Niezwykła to naprawdę fajny serwis.) Ich lista jest naprawdę imponująca. Mnie najbardziej zafascynował cmentarz z dwóch ostatnich zdjęć ... niedaleko Biedronki.
Reszel - miasteczko na Warmii, należące do ruchu cittaslow, założone przez Krzyżaków. Ma bogatą i ciekawą historię. W 1811 r. spalono tam kobietę na stosie... Świadectwem burzliwej historii są liczne zabytki.
W Reszlu piłam najlepsze grzane wino w życiu! ;-)
A bardziej poważnie - niedaleko jest Święta Lipka. Barokowym przepychem zrobi wrażenie nawet na niewierzących. Interesujące są kapliczki/droga krzyżowa na trasie Reszel - Święta Lipka.
Dziś będzie kolejny post poświęcony jednemu z moich ulubionych miejsc, tj. Twierdzy Modlin. Często spotykam się z opinią, że Twierdza Modlin to tylko koszary (cytadela) o długości ponad 2 km. Tymczasem jeszcze nie tak dawno temu był to zamknięty byt. Żeby się do niego dostać potrzebna była specjalna przepustka. Twierdza Modlin w odróżnieniu od wielu innych twierdz nie broniła dostępu do dużych miast, lecz była takim samowystarczalnym miasteczkiem sama w sobie - otoczona murem z kontrolowanymi bramami. Dlatego na jej terenie (dziś Modlin Twierdza to jedno z osiedli mieszkalnych Nowego Dworu Mazowieckiego; dodatkowo niejako w skład Twierdzy Modlin wchodzą okoliczne forty, m. in. w Pomiechówku i Zakroczymiu) można spotkać cały szereg obiektów, które pełniły służebne funkcje w stosunku do jej mieszkańców.
Było dla kogo. W koszarach mogło przebywać nawet 20 000 żołnierzy. Oficerowie i podoficerowie mieli swoje mieszkania w tzw. carskich (dziś potocznie zwanych carakami) i białych blokach.
Carskie, zbudowane z czerwonej cegły bloki dla oficerów znajdują się przy obecnej ul. Poniatowskiego. Mają 2 kondygnacje i nie są podpiwniczone (za to obok nich znajdują się komórki - także z czerwonej cegły). Bloki dla podoficerów znajdują się w trójkącie ulic: Moniuszki, Kadetów i Szpitalnej. Bloki istnieją do dziś. Znajdują się w nich prywatne mieszkania. Pochodzą z przełomu XIX i XX w. To piękne budynki (szczególnie dla oficerów), mają dużo ciekawych detali architektonicznych, mieszkania w nich są bardzo wysokie.
Białe bloki są młodsze. Z lat 30. XX w. Przeznaczone były dla podoficerów. Zwane są też blokami Piłsudskiego. Znajdują się niedaleko bloków carskich dla podoficerów.
Żołnierze oprócz dachu nad głową musieli mieć co jeść. W okresie wielkiej rozbudowy Twierdzy powstał ciąg aprowizacyjny: elewator, młyn, piekarnia (1832-1841). Podobno w piekarni w latach 90. XX w. wypiekano jeszcze pieczywo, częściowo wykorzystując carską technologię. Żywność dla wojska sprowadzono z Cesarstwa Rosyjskiego - spławiano rzekami, toteż obiekty znajdują się na wysokiej skarpie od strony Narwi i Wisły. Wymienione obiekty (zachowane; razem z działobitnią Dehna) stanowią prywatny teren Fundacji Park Militarny Twierdzy Modlin. Co ciekawe, ten teren szczególnie upodobali sobie filmowcy (m. in. "Róża" i "W ciemności" tam częściowo powstawały).
Elewator od strony rzeki.
Nie brakowało w Twierdzy pralni i łaźni. Jedną z tych funkcji (niestety nie jestem w stanie odpowiedzialnie stwierdzić którą) pełnił dzisiejszy, czterogwiazdkowy Hotel Royal przy ul. Szpitalnej.
W tych samych okolicach znajdował się lazaret - szpital. Dziś jest tam kościół pw. Św. Barbary. Ewenement wśród świątyń.
W wojskowym miasteczku nie mogło zabraknąć rozrywki. Funkcję tę pełnić Garnizonowy Klub Oficerski zwany też kasynem. Przepiękny budynek z 1905 r. ma charakter pałacowy. Odbywały się tam bale, przedstawienia teatralne, później pokazy filmowe. Ciekawe jest to, że budynek ma specjalną, własną klimatyzację. Dziś budynek jest nadgryziony zębem czasu, ważą się losy jego własności. Zamknięty dla turystów. Wnętrza można obejrzeć w teledysku Urszuli. GKO znajduje się niedaleko IT.
Jak to w miasteczku nie może nie być cmentarza. Ten w Twierdzy Modlin jest wyjątkowy i jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, bardzo lubię to miejsce.
Informator turystyczny i mapa są do pobrania na www.nowydwormaz.pl (strefa turysty).